ciało nieproszone jestemnapograniczu karolina szewczyczak

Ciało Nieproszone

Takie pojęcia, jak akceptacja własnego ciała, czy miłość do niego, zwyczajnie dla mnie nie istniały. Ocenianie nie jest sprawą dzieci. Ciało jak ciało, może jest, może go nie ma. I nie przeszkadzał mi ten brak uczuć i refleksji aż do momentu, kiedy wszystko się zmieniło. Ciało się zmieniło. Rzecz, której istnienia zwykłam nie dostrzegać, stała się tematem przewodnim moich kompleksów, niskiego poczucia własnej wartości, palącego wstydu. Bolesny zwrot akcji.

Ciało traktowałam jako narzędzie, namacalne i niezauważalne jednocześnie, służyło do wiszenia na drabinkach, aż na palcach pojawiały się pęcherze, jeżdżenia na rolkach, czy biegania po podwórku. Choć często piekły mnie permanentnie zdarte łokcie i kolana, albo szczypały kolejne zadrapania po zabawie w partyzantów, to nigdy nie przykładałam do tych bolączek większej wagi, nałogowo zdrapywałam zaschnięte strupy i nie bałam się niczego, bo co mogło się stać?
Pamiętam kilka poważniejszych wypadków, ale to, co naprawdę utkwiło mi w pamięci, to nie ból, ale szok. Zderzenie z rzeczywistością. Olśnienie. Moje ciało ma granice, istnieje. Ta refleksja trwała zwykle bardzo krótko i szybko przechodziłam do dalszego traktowania go jak instrument do świetnej zabawy, a że zawsze byłam dzieckiem wojny, jak mawiała moja mama, to instrument nie miał lekko i rozstrajałam go ile sił w płucach.

Ciało wdarło się do mojego życia nieproszone. Nie polubiłam się z nim od pierwszego wejrzenia, ani od żadnego kolejnego. Mechanizm, który działał wcześniej ze sprawnością robota i składał się głównie z kości, chrząstek i mięśni, wypaczył się, zdeformował, zrobił się miękki i nieadekwatny do przeznaczonych mu zadań. Takiej mutacji nie mogłam nie zauważyć. Musiałam przyznać przed samą sobą, że ciało posiadam i że jest obecne w moim życiu. 

Ponieważ dojrzewanie rozpoczęłam raczej wcześniej, niż później, nie mogłam liczyć na zrozumienie koleżanek, które jeszcze długo były płaskie jak tafla lustra, a o menstruacji słyszały coś na lekcjach przyrody, ale nie uważały zbyt dokładnie. Sama pojęcie miałam blade, bo choć znałam techniczne strony całego procesu, to emocjonalnie nie byłam na to gotowa, ja chciałam chodzić po drzewach, grać w piłkę i biegać, a tu piersi rosną, tyłek się zaokrągla, figura w ogóle nie aerodynamiczna, piękna katastrofa.

Katastrofalne było również odkrycie, że inni to moje ciało widzą i, co gorsza, komentują. Do dziś nie wiem, jak to możliwe, że te wszystkie kobieciny, które całe życie uprawiały seks przy zgaszonym świetle, a na słowo orgazm, obruszają się napięcie, z taką łatwością wyrażają opinie na temat dziewczęcych wdzięków, choć nikt o zdanie nie prosił. Pragnęłam wtedy jedynie kontynuować swoją bezcielesną egzystencję, a tu nagle wszyscy mi mówią, że urosły mi piersi, że noszę stanik, że teraz, to już czegoś tam nie wypada.
No wiem, kurwa, zauważyłam, spierdalaj, ty się babo z takimi urodziłaś, że tak się dziwisz, że rosną?
Oczywiście nigdy tego nie powiedziałam, bo mimo zamiłowania do zabawy w wojnę, byłam grzeczną dziewczynką, która nie mówiła, gdy ktoś sprawiał jej przykrość. Tak nauczyłam się wstydu, bo te komentarze przekraczały moje granice, tym razem nie cielesne. Temat wkraczania w kobiecość, którą chciałam zachować na razie tylko dla siebie, lepił się do języków innych, niekoniecznie życzliwych, bliższych, lub całkiem obcych. Związek wstydu i ciała został przypieczętowany, póki śmierć ich nie rozłączy, na złe i gorsze, amen.

Reakcje na moje ciało szły jednak dwutorowo, a drugim torem jechali wszyscy moi rówieśnicy płci przeciwnej, ci sami, z którymi chwilę wcześniej biłam się w szatni i ganiałam z pistoletami z patyków. Ten tor żywo reagował na rosnące piersi i zaokrąglające się pośladki, doceniał wdzięki i nawet czułam w tych chłopcach pewne oparcie, bo poza nimi mogłam się oprzeć tylko na tym kiju, co jeszcze niedawno był moim karabinem maszynowym. I tutaj wydarzyła się druga tragedia, której piętno dostrzegłam dopiero po długim czasie. Otóż odkryłam, że moje ciało jest oceniane i dzięki niemu mogę się komuś podobać, lub nie, a zatem ma wartość, którą nadają mu inni.
Nie ja przecież. Ja nie chciałam mieć z nim nic wspólnego.
A ponieważ właśnie wtedy pojawiały się pierwsze, kulejące portale społecznościowe, reklamy digitalowe i słowo photoshop znała już nawet moja babcia, szybko zweryfikowałam wartość mojego ciała dokonując rzetelnych porównań i analiz, a moje poczucie godności, jako człowieka, runęło w dół. Bo jak żyć z takim ciałem, które jest tak bardzo nie takie?

Pamiętam, że czułam się wtedy samotna i nierozumiana, jak kość ogonowa, która nie dość, że nie ma w ciele swojej pary, to jest całkiem zbędna i w najlepszym razie można ją sobie srogo obić. Jakby tylko mnie jednej na świecie zdarzyło się dojrzewać. Wśród życzliwych mi wtedy samców nie mogłam szukać pocieszenia, nikt przecież nie oklaskiwał ich uwydatniających się jąder, ani nie komentował mokrych snów.

Wstyd i brak wartości siebie mają swoje konsekwencje. Jak dbać o ciało, którego się nie kocha? Jak sprawiać, by czuło się dobrze, jeśli się go nienawidzi? No, nawet ja nie jestem dostatecznie szalona do takich poświęceń.

 Tutaj postawię kropkę, bo dojrzewanie, cielesność, samoakceptacja i kobiecość to tematy rzeki i nie chcę zabrnąć za daleko, ani odpłynąć jedną odnogą, by pominąć inne, równie ważne. Dodam tylko, że dziś mam 27 lat i mimo starań, nie potrafię pokochać swojego ciała. W kwestii ciałopozytywności jestem hipokrytką.
Podziwiam kobiety, które pokazują swoje niedoskonałości i mówią: „hej, to normalne, ja też się kiedyś wstydziłam”. Cieszę się, że jest ich coraz więcej, dają mi nadzieję. To one zainspirowały mnie do napisania tego tekstu.

5 thoughts on “Ciało Nieproszone”

  1. Gdyby celebrowało się nadejście pierwszej menstruacji tak, jak świętuje się chociażby pierwszą komunię, wejście w kobiecość wyglądałoby nieco inaczej. Ja z moja córką będę świętować. Dzięki Karolina. Tulę.

  2. Karolina, poruszyłaś mnie i moje 47 letnie ciało. Dzięki za zaproszenie do swojego świata…

  3. Przeraża mnie to, że jest nas tyle…tak cholernie dużo, że aż robi się niedobrze. Ale jeszcze bardziej przeraża mnie podejście innych kobiet, które tak jakby w odwecie za swoje upokorzenia z młodzieńczych lat, będąc już dorosłymi kobietami dosrywają tak, że nie wiesz gdzie masz się ze swoją kiełkującą kobiecością schować. Brzydzę się takim postępowaniem, brzydzę brakiem babskiej solidarności. Przykre jest to, że do pewnego wieku jest super, jesteśmy jakby niewidzialne, bezpłciowe, możemy robić wszystko, nie tylko to co wypada dziewczynkom, bo chłopcy traktują nas jak równe, a potem nagle się sypie, przez coś, czego nie możemy kontrolować i na co totalnie nie mamy wpływu.
    Ściskam Cię mocno i trzymam kciuki, żeby akceptacja Twojego ciała szła już tylko w dobrą stronę :*

  4. Jak bardzo czujemy się samotni, kiedy decydujemy się nie zwierzać nikomu z naszych trosk. Kiedy już znajdziemy na to odwagę – okazuje się, że wokół nas jest mnóstwo kobietek, które zmagają się z tym samym. To, czego sama się nauczyłam, to nie wstydzić się swoich własnych słabości.

  5. Lubię czytać to, co piszesz. Jest spójne, chociaż opisujesz pewien chaos życiowy i totalne zagubienie. Uwielbiam siebie, ale wiem, co to znaczą kompleksy. I wiem, że ciężko się od nich uwolnić. Takie wpisy są potrzebne dla kobiet, ludzi, którym wydaje się, że są osamotnieni w swoim cierpieniu- bo to jest rodzaj cierpienia. Pokazujesz, że kompleksy to element bycia człowiekiem. Szanuję!

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.