nie wracaj jestemnapograniczu karolina szewczyczak

Nie Wracaj

Dotyk wyrwał mnie ze snu. W ciemności dostrzegłam sylwetkę starszej kobiety w koszuli nocnej, pochylającej się nad moim łóżkiem.
Dzień jak codzień, a raczej noc, jak co noc.
Wygrzebałam się spod koca obleczonego białą, dziurawą poszewką i wstałam powodując okropny hałas. Szpitalne prycze miały zużyte sprężyny i zardzewiałe, niedokręcone śruby, przez co trzeszczały przy najmniejszym ruchu. Odprowadziłam Panią Jadwigę do jej łóżka.

Gdy Pani Jadwiga trafiła na oddział, za kratami w oknach pojawiały się pierwsze przebłyski wiosny. Skamieniała od mrozu ziemia miękła pod dotykiem promieni słońca i można było poczuć jej wilgotny zapach. Pani Jadwiga weszła do oddziału dziarskim krokiem i z 4 promilami alkoholu w wydychanym powietrzu. Chętnie wdawała się w pogawędki i sprawiała wrażenie osoby elokwentnej.
Jednak, z upływem godzin, jej paliwo do życia zaczęło parować z organizmu i pani Jadwiga sięgnęła po kabel oddziałowego telefonu stacjonarnego, aby skrócić swoje męki. Niedługo potem byliśmy świadkami odstawiennego napadu padaczki.
Od tych przykrych wydarzeń minął już około tydzień. Pani Jadwiga jest trzeźwa i prawie nie trzęsą jej się ręce. Niestety, razem z trucizną wyzbyła się również swojej elokwencji i woli życia. Kobieta, która z charyzmą opowiadała anegdoty, trzymając elegancko papierosa w długich palcach, odeszła w niepamięć, jakby nigdy jej nie było. Jej miejsce zajęła wątła staruszka, z wytrzeszczonymi ze strachu oczami, która nie raz zgubi drogę do stołówki i łazienki, albo właśnie obudzi mnie w środku nocy, bo pomyli łóżka.

Niestety, hałas wyrwał ze snu Panią Helenę. To już był nasz mały rytuał, równie przykry dla całej naszej trójki, choć muszę przyznać, że nie poczuwałam się do najmniejszej odpowiedzialności za jego powtarzalność.

Pani Helena cierpiała na ostrą demencję i poruszała się jedynie na wózku, w dodatku tylko w przypadku, gdy ów wózek w ruch wprawiła osoba trzecia. Jakiś czas temu między nią, a panią Jadwigą nawiązała się dziwna komitywa, polegająca na tym, że Pani sprawna ruchowo dokarmiała czekoladkami Panią, która nie mogła sama po nie sięgnąć. Nie byłoby w tym nic złego i pewnie umknęłoby to uwadze kogokolwiek, gdyby nie to, że obudzona w środku nocy Pani Helena odpalała zdartą, ale nie do zatrzymania płytę:
“Daj czekoladkę. Daj czekoladkę. Daj czekoladkę. Daj czekoladkę”.
Śpi?
“Daj czekoladkę”.
Byle do rana.

Dni bywały przyjemne. Często przesiadywaliśmy w wyziębionej od ciągłego wietrzenia palarni i słuchaliśmy śpiewów Biesia. Biesio mógłby być moim dziadkiem (z racji wieku), a jego repertuar rozpoczynał się na: „szła dzieweczka do laseczka…”, i kończył na: „gdzie jest ta ulica, gdzie jest ten dom…”. Dodatkowym atutem Biesia było to, że gdy wyjmował sztuczną szczękę, jego głos nabierał głębokich basowych brzmień, w kluczowych dla piosenki momentach. 

Wieczorami graliśmy w tysiąca albo chińczyka, w zależności od tego, na co pozwalał nam otępiony psychotropami umysł. Nieodzownie towarzyszył nam przy tym bełkot Stacha. Bełkot, bo rozumiałam co trzecie słowo. Uważam to jednak za spory postęp, bo świeżo po trafieniu na oddział byłam w stanie z trudem wyłapać jedynie co dziesiąte. Stacha przywieźli, bo ganiał brata z siekierą. Z dumą opowiadał, jak niewiele mu zabrakło, by trafić.

Zdarzało się, że musieliśmy odpierać atak terrorystów, uważać na podsłuch lub wywarzać otwarte drzwi. Przychodzili wtedy odziani w ubrania robocze panowie i łagodzili sytuację, zapinając pasy na odpowiednich nadgarstkach i kostkach, a na oddział powracał względny spokój.

Lubiłam to miejsce.
Schizofrenicy, recydywiści, ćpuni, alkoholicy, wyrzutki – wszyscy byliśmy jednym. Przeglądaliśmy się w swoich oczach, paranojach, porażkach i wiedzieliśmy, że nie ma lepszych i gorszych. Ich szaleństwo sprawiało, że czułam się bezpiecznie. Czułam, że należę. I czułam, że pierwszy raz w życiu gdzieś pasuję.

Szybko nauczyłam się posługiwać jedynymi obowiązującymi w oddziale walutami – jedzeniem i papierosami. Choć waluta nie jest tu zbyt fortunnym określeniem, bo tak naprawdę, oddając niedożywionemu szpitalnym jedzeniem Panu Waldkowi swój obiad, dawałam mu swoje serce, a w zamian dostawałam jego. A także ramię, na którym mogłam się wypłakać. 

To miejsce nauczyło mnie wzajemnej troski, że dobro, powoduje dobro, i grypsowania.  

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że za niecałe dwa tygodnie usłyszę magiczne słowa pożegnania, które w różnych tonacjach będą we mnie dźwięczeć przez całe życie. Słowa, które ostatecznie słyszy każdy obywatel oddziału II AB w Tworkach. Brzmią one: „nie wracaj”.

Wiedziałam, że to parszywe pożegnanie. Nie byłoby takie, gdyby nie fakt, że jednak zdarzało się wracać. I wszyscy byliśmy tego świadomi.

Z pewnością są w życiu lepsze powody dla złamanego serca, niż wypis ze szpitala psychiatrycznego. Jednak ja nie należałam do osób z gatunku pani Feliksy, chorej na alzheimera, która codziennie brała swoją torebkę i zmierzała żwawym krokiem w stronę drzwi, a zapytana, dokąd idzie, odpowiadała wesoło: “do domu!”

Gdy mój lekarz prowadzący ze stoickim spokojem poinformował mnie, że za trzy dni wychodzę, poczułam się zdradzona. Przecież obdarzyłam to miejsce takim uczuciem i co? I podłoga zaczęła mi się trząść pod stopami. Oto co mnie spotkało – wygnanie.

Cholernie bałam się wyjść. Powietrze na zewnątrz kłuło w nozdrza, słońce raziło w oczy, a dystans z oddziału do samochodu był zdecydowanie ponad moje siły.
Kiedyś dorabiałam jako niania. Opiekowałam się 2 letnią Zuzą. Pewnego dnia była gęsta mgła, zza okna widać było jedynie spienione mleko zawieszone w powietrzu. Zuzia obudziła się, podeszła do okna i nie widząc świata, który zwykle się za nim znajdował, skwitowała sytuację krótkim stwierdzeniem: “Nie ma”.
Tak właśnie poczułam się, gdy stanęłam na szczycie schodów, po zamknięciu za sobą drzwi oddziału. Całą sobą czułam pustkę. Patrzyłam na słońce, zieleniącą się trawę, przejrzyste powietrze. Widziałam ludzi, którzy nie mieli na sobie piżam i dresów. I całą sobą czułam dudniące we mnie słowa: „NIE MA”.

3 thoughts on “Nie Wracaj”

  1. Wierzę, że nigdy już tam nie wrócisz i że zawsze, stając na szczycie schodów, zejdziesz po nich z uśmiechem i ciekawością życia. I, że powiesz, było warto.

  2. Szanuję Twoją odwagę. Ten tekst… Brawo. Podziwiam ludzi, którzy o tak trudnych doświadczeniach potrafią pisać tak szczerze i tak „dla ludzi”.. Mi tej odwagi jeszcze trochę brakuje…

  3. Chyba przyciągnęłam ten wpis myślami. Godzinę temu oglądałam wywiad z uzależnionym, który właśnie był w Tworkach, a teraz czytam Twoją historię. Świat trochę jak w Skazanych na Shawshank, trochę jak w Locie nad kukułczym gniazdem. Świat, który jest w takich instytucjach, staje się z czasem jedynym światem, w którym czujemy się bezpiecznie i wcale nie chcemy z niego wychodzić…nie chcemy wracać do tej rzeczywistości, która przecież sprawiła, że znaleźliśmy się tam, skąd każą nam teraz się wynieść.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.