szkoła

O wrześniach bez wzorów i dat

Dopiero zmieniłam kartę w kalendarzu na wrzesień, w koszu na pranie zalegają jeszcze letnie sukienki, koty nie zmieniły sierści na zimową, kaloryfery nie grzeją, a ja już czuję napięcie. Czas prześlizguje mi się przez palce, a w snach marznę i trzęsę się, zupełnie jak 10 lat temu, kiedy jeszcze ledwo ciepła łapałam za zimną rurkę w autobusie i przez godzinę podróży walczyłam z wewnętrznym krzykiem. Krzykiem, który kazał mi wysiadać i zawracać. Umiejętnie tłumiłam go przez całe 3 lata liceum.

Skąd dziś ten stres? Pytam siebie. Od kilku lat przecież moja praca nie zależy od pór roku. Zamiast zgłaszać “nieprzygotowanie”, wysyłam smsa z hasłem “NŻ” i nawet dobrze mi za to wszystko płacą. Ale mięśnie pamiętają te wrześnie.

Mięśnie zapamiętały wysiłek, z jakim unikałam wzroku nauczyciela podczas przepytywania na lekcji, próby uspokojenia oddechu, gdy zrzynałam wzory fizyczne ze ściągi pod ławką, albo ten ciężar spojrzenia całej klasy, kiedy już we wrześniu udało mi się nie odrobić matmy po raz dwudziesty i zgarnąć za to kolejną pałę. Bo jednak miałam swoje zasady i przepisywanie pracy domowej na przerwie przed lekcją uwłaczało mojej godności.

Nauczyciele na wywiadówkach chóralnie przylepiali mi łatkę “zdolna, ale leniwa”, rodzice po tygodniu zgubili hasło do dzienniczka elektronicznego, a mnie przez 3 lata nie udało się o nie zapytać. I tak to mniej więcej wyglądało.

Ale prawda była taka, że szkoła nie mogła mnie wtedy interesować. W układach pierwiastków, parabolach, charakterystyce gleb, ani nawet interpretacji “Jądra Ciemności”, nie odnajdywałam odpowiedzi na pytania, od których zależało wtedy moje być, czy nie być. A ja chciałam wiedzieć przede wszystkim, jak poczuć się lepiej? Bo czułam się fatalnie.

W ramach kompromisu z ciałem pedagogicznym i spłacenia swojego długu za te wszystkie jedynki i zagrożenia, całkiem nieźle napisałam maturę, a gratulacje przyjmowałam z zażenowaniem, bo wszyscy wiedzieliśmy, że te procenty bliskie setki, nie zawrócą mnie z drogi, którą kroczyłam całkiem sama nie od wczoraj. Drogi bez dat, schematów i interpunkcji, do miejsca, którego nie ma na mapie.

Już wtedy wiedziałam, że na wszystkich wykresach rozkładu normalnego, plasuję się gdzieś z dala od mediany, w dodatku na obu krańcach jednocześnie. 

Z dziećmi nie mam obecnie wiele wspólnego. Kiedyś bardzo chciałam je mieć, jednak moje chęci stopniały, wraz ze zmianą gospodarki hormonalnej. Nastolatków widuję jedynie w komunikacji miejskiej i sprawiają, że czuję się staro, bo na widok modnych obecnie dzwonów i kapeluszów rybackich, dostaję drgawek ze wstrętu. Mimo to, potrafię z nimi empatyzować.

Potrafię, bo wiem, jak kompletnie inaczej mogłoby być, gdybym wtedy, w ich wieku, nie była sama. Gdyby szkoła, zamiast skupiać się na epitecie “leniwa”, zapytała, jak się czuję. Gdybym mogła wtedy opowiedzieć komuś, jak cholernie ciemną i popapraną drogą idę.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.